Hotel Łucja Kaplica pod wezwaniem św. Jacka Ochotnicza Straż Pożarna Zakrzów PSP NR3 i Świetlica Młodzieżowa Ruiny XIV wiecznego zamku

Biznes po niemiecku. Na Opolszczyźnie

www.nto.pl Autor: Krzysztof Ogiolda

Polacy jadą za pracą na Zachód. Zachodni biznesmeni, głównie z Niemiec, przyjeżdżają za pracownikami do nas, ceniąc Polaków za zapał i chęć do nauki.

Przyciąga ich też bliskość autostrady, pracownicy znający język, a czasem po prostu sentyment. Niemieccy inwestorzy w regionie są widoczną grupą. Organizowany przez konsulat stół gospodarczy skupia zwykle ok. 60 firm.

Wprosili się

Jedną z firm jest Broekelmann Polska. Do naszego kraju firma przyjechała w 1998 roku. Mniej więcej sto lat po tym, jak twórca firmy otworzył w Niemczech pierwszą tłocznię aluminium. Był wtedy prekursorem w Europie. Inwestowanie w Polsce zaczynali w Warszawie i okolicy. Sprzedawali niemieckie elementy aluminiowe do okien, drzwi i fasad.

Od dwóch lat są w Opolu i produkują tu aluminiowe profile dla branży samochodowej, przemysłu meblowego, budowlanego i agd. Dlaczego wybrali Polskę, a nie Ukrainę, Bułgarię czy inne tanie kraje? Zadecydowało bezpieczeństwo prawne. Pod tym względem Polska należy już do Europy.

Christoph Ludwig, wiceprezes zarządu, oprowadza reporterów nto po fabrycznej hali. Urodził się w naszym Zawadzkiem i jako 13-latek wyjechał z rodzicami do Wuppertalu. Wrócił dopiero jako ukształtowany biznesmen.

- Czuję się emocjonalnie związany z Opolszczyzną, choć przez wiele lat nie miałem z nią żadnego kontaktu - przyznaje. - Ten sentyment sprawił, że firma szukała w regionie miejsca dla siebie - w Namysłowie, w Zawadzkiem, wreszcie osiadła w Opolu. Trochę się na Śląsk Opolski wpraszałem, ale z dobrym skutkiem.

Nie tylko z sentymentu. Pan Ludwig na mapie Polski pokazuje, że Opolszczyzna leży w centrum, otoczona firmami z branży samochodowej. Blisko stąd do Poznania, Legnicy i Żywca.

Pracownik jest tu tańszy niż w Niemczech, a pracuje często z większym zaangażowaniem. No i zna się na metalurgii. To nie przypadek, że wśród załogi więcej osób jest z Ozimka czy Zawadzkiego (gdzie kiedyś w hutach pracowały tysiące Opolan) niż z Opola. Zaczynali w 2011 roku - zamieniając hale magazynowe na produkcyjne - od 5 osób. Dziś zatrudniają 35-40 ludzi. Robotnik bez wykształcenia, wykonujący najprostsze prace, zarobi średnio 2,5 tys. brutto, inżynier od 3 do 6 tysięcy.

Są plany, by w 2015 roku stanęła - wszystko wskazuje na to, że w Opolu - nowa hala i biurowiec Broekelmanna. Liczba pracowników wzrośnie wtedy do 150 osób. Jak na poziom automatyzacji tej branży, bardzo dużo.

Czy na Opolszczyźnie łatwo znaleźć pracowników? - To zależy - śmieje się pan Ludwig. - Do księgowości zgłasza się ich dużo i są świetnie przygotowani. Ale programisty obrabiarki sterowanej numerycznie szukamy od miesięcy. Chętni nawet się zgłaszają, w CV piszą, że potrafią to robić, ale jak ich postawić przy maszynie, od razu widać, że nie mieli z nią do czynienia. W regionie jest sporo przygotowanych inżynierów, brakuje ludzi po dobrych szkołach zawodowych. No i trochę osób pozornie szuka pracy, a w rzeczywistości przychodzi tylko po pieczątkę dla urzędu.

W Polsce płacą i kupują

Christoph Ludwig zauważa, że to jest może największa różnica między Niemcami a Polską. Tam dokładniej planuje się zawodową karierę młodych ludzi. Tu maturzysta idzie na studia, często jakiekolwiek, bez wizji, co będzie robił potem.

- Sporo takich podań miałem w ręku - przyznaje wiceprezes. - Kandydat ma dyplom uczelni, ale pracował wyłącznie na kasie w hipermarketach.

Krzysztof Borek z Opola trafił tu z dyplomem budowy maszyn z Politechniki Opolskiej. Zatrudnił się jako robotnik przy produkcji. Dostrzeżono go i dziś - w wieku 27 lat - jest kierownikiem biura jakości. Utrzymuje stałe kontakty z koncernem w Niemczech.

- Szkolimy się, dokształcamy i w Polsce, i w Niemczech - mówi Krzysztof. Szefostwo samo nas na te kursy wypycha. Oczywiście znam niemiecki, ale nie powiedziałbym, że perfekcyjnie. Tu na miejscu mówimy po polsku. W kontaktach z centralą koncernu - po niemiecku. Ale przy pisaniu e-maila zawsze można liczyć na językową konsultację.
Pan Ludwig przypomina, że firma nie tylko podatki płaci w naszym regionie. W Polsce - w Katowicach czy Świdnicy - nie nad Renem - kupuje nowe maszyny. Każda kosztuje co najmniej 100-120 tys. zł. A najnowsza maszyna pomiarowa nawet 100 tys. euro. Bardziej się opłaca sprowadzać je ze Śląska niż np. z Gdańska.

- Najchętniej składałbym zamówienia i zlecenia w Opolu i województwie - mówi. - Doceniam dobrą współpracę z OCRG i z Opolską Izbą Gospodarczą. Ale trochę brakuje forum wymiany informacji. Nie zawsze wiem, gdzie mógłbym potencjalnych partnerów znaleźć. Gdzie jest platforma, na której ja zobaczę innych i oni mnie zobaczą. I to trochę robotę utrudnia.

U nas jeszcze się chce

Krapkowicka spółka Multiserwis zaczynała jako lokalna firma. Jej twórca, Marian Siwoń, chciał się rozwijać i szukał niemieckiego inwestora. Czas był korzystny. Na początku lat 90. niemieccy przedsiębiorcy - pchani trochę ciekawością, a trochę sympatią - chętnie zaglądali za swoją wschodnią granicę. Tak doszło do spotkania z firmą Willich.

Dziś zakład produkujący izolacje przemysłowe i budowlane jest częścią innego wielkiego koncernu Bilfinger z siedzibą w Mannheim. Multiserwis izolował m.in. elektrownie Bełchatów, Kozienice, także Opole, zakłady chemiczne i cementownie. Znaczną część prac krapkowicka firma wykonuje za granicą, w różnych krajach Europy.

- Na początku pracownicy uczyli się nowych technologii i zachodniej jakości i stylu pracy w Niemczech - mówi Kornelia Tomala, członek zarządu i dyrektor ds. eksportu. - Zatrudnialiśmy najpierw 50 osób, potem 500, dziś ponad 1600. W czerwcu Multiserwis jeszcze się powiększy, łącząc się z firmą z Ostrzeszowa, o kolejny tysiąc ludzi.

Na początku dla niemieckiego inwestora decydujący byli pracownicy - znający język niemiecki i po śląsku solidni i zaradni. Dziś z konieczności zatrudnia się tu nie tylko Opolan, ale pracowników z całej Polski.

- Na Zachodzie ludziom nie zawsze chce się pracować z zaangażowaniem, bo już się dorobili i mają dużo większe wymagania - przyznaje pani Tomala. - U nas ludzie jeszcze dążą do czegoś. I tacy są lepszymi pracownikami. My w zamian dbamy o standardy. Wszyscy są ubezpieczeni, płacimy dobrze 3,5-4 tys. brutto. Pracującym za granicą jeszcze więcej. I na miejscu szkolimy ludzi. Uczą się tu, bo to my tak naprawdę wprowadziliśmy w tym regionie i w Polsce zawód montera izolacji przemysłowej. Podatki i ubezpieczenia płacimy oczywiście w kraju. Natomiast zysk jest transferowany na Zachód.

Pani dyrektor nie ukrywa, że w Bułgarii czy na Słowacji pracownik kosztuje mniej. I to jest dla nas coraz silniejsza konkurencja w Europie. - Tym bardziej, że mamy taką zasadę, że nie kombinujemy, płacimy wszystko zgodnie z prawem. I szczerze mówiąc, nie jest to w Polsce jakoś szczególnie doceniane ani premiowane. Sprawdza nas kontrola za kontrolą. Prędzej kontrahent zagraniczny doceni to, że jesteśmy solidni i trwamy od lat w tym samym miejscu.

Nie znają języka

W Multiserwisie coraz trudniej o ludzi do pracy. Przede wszystkim znających języki, bo takich w firmie pracującej dużo "na eksporcie” bardzo potrzeba.

- To jest frustrujące, że młodzież ma dziś od podstawówki, czasem od przedszkola możliwości, żeby się niemieckiego i angielskiego uczyć, ale z tego nie korzysta - dodaje pani Tomala. - A potem taki młody człowiek chce pracować, ale nie potrafi się dogadać. Czasem z konieczności bierzemy kogoś bez fachu, jeśli tylko zna język. Łatwiej i szybciej nauczy się zawodu niż od podstaw języka. A na byle jakich pracowników się nie zgadzamy. Firma to nie jest przedszkole. Płacimy i wymagamy. No i czekamy na powrót wzrostu gospodarczego w Polsce. Bardzo nas niepokoją zawirowania wokół Elektrowni Opole, bo to my izolowaliśmy poprzednie bloki. Teraz inwestycja się przeciąga.

Małe jest piękne

Niemiecki biznes w regionie jest niezwykle różnorodny. Jedna firma liczy 1600 pracowników, inna - Klopfer Polska w Opolu - sześciu.

- Handlujemy drewnem - z całym światem - mówi wiceprezes Krystian Czok. - I jesteśmy jedyną w Europie spółką córką niemieckiego przedsiębiorstwa. Sprzedajemy i kupujemy wszędzie, od Syberii po Azję południowo-wschodnią.

Pytamy, co prezes ma w firmie drewnianego. Po dłuższej chwili namysłu znajduje umieszczony na biurowej szafie dębowy zegar.

Krystian Czok podkreśla, że firma Klopfer działa na Opolszczyźnie od początku lat 90. Od tamtego czasu wiele się zmieniło. Na początku niemiecki inwestor sądził, że w Polsce można funkcjonować tak jak u siebie. Jak potrzebował 40 ładunków drewna na konkretny dzień i w konkretnym miejscu, to właśnie tyle zamawiał. Ale... dojeżdżało może osiem, kontrahenci nie dotrzymywali umów.

- Dziś już takiego problemu nie ma - mówi pan Krystian. - Na 40 ładunków, 35 dojedzie na pewno. Jako firma niemiecka na początku trochę musieliśmy przełamywać lody. Przyglądano się nam z zaciekawieniem, ale i z nieufnością. Żeby to zmienić, robiliśmy wszystko, by wszelkich ustaleń dotrzymywać idealnie, a płacić najlepiej z góry i tworzyć pozytywny obraz przedsiębiorcy z Niemiec.

Druga poważna zmiana w prowadzeniu drzewnego biznesu polega na tym, że na początku Polska była przede wszystkim źródłem drewna dla Zachodu. Zdaniem pana Czoka był to spadek po PRL-u, kiedy Polska w ogóle eksportowała głównie surowce. Dziś coraz częściej Polacy używają drewna do budowy i wyposażenia własnych domów. Coraz więcej też o nim wiedzą.

- Choć ciągle jeszcze zdarza się tak, że klient chce kupić drewno saunowe i oczekuje, że będzie się ono zachowywać i wyglądać jak najdroższe gatunki, a kosztować tyle co najtańsze. Takich cudów naturalnie nie robimy. Cierpliwie i grzecznie namawiamy do kompromisu. Jako drzewiarze dziwiliśmy się, gdy na ławkach w opolskim amfiteatrze układano siedziska z buku. My wiemy, że to drewno do tego akurat się nie nadaje. Projektant wyraźnie nie wiedział.

Firma Klopfer Polska szczyci się tym, że nie tylko podatki, także cały zysk wypracowany przez spółkę córkę zostawia na Opolszczyźnie.

- To jest możliwe, bo Klopfer to jest firma rodzinna - dodaje Krystian Czok. - Jej udziałowcami są 52 osoby z familii Klopfer, którzy na życie zarabiają całkiem czymś innym - są lekarzami, prawnikami itp. Są gotowi inwestować w przyszłość i mogą sobie na to pozwolić.

Dzięki temu obok już istniejącego magazynu firmy we Wrzoskach wkrótce stanie drugi - w Opolu.

Przyjechał i wrósł

Siegmund Dransfeld działa na Opolszczyźnie jako biznesmen od 17 lat. Przedsiębiorca z Niemiec urodził się w Paderborn. Od 1996 r. mieszka w Zakrzowie koło Gogolina. Na Opolszczyznę przyjechał, bo szukał korzeni swej mamy. I tak mu się spodobało, że już został. Jest prezesem spółki "Agraria Claudii”. Podstawą jej funkcjonowania jest gospodarstwo o powierzchni ponad 500 ha.

- Uprawiamy tu pszenicę ozimą, rzepak ozimy, kukurydzę i rośliny na biomasę - mówi biznesmen.

Obecnie wizytówką firmy jest liczący 25 pokoi hotel "Lucja”. Odremontowany w 2011 roku w dawnym pałacu z 1848 r. Dodatkową atrakcją tego miejsca są ruiny XIV-wiecznego zamku. Specjalnością restauracji są kuchnie: polska, śląska i niemiecka. Modernizacja zabytkowego obiektu kosztowała ok. 7 mln zł. Niespełna 2 mln zł spółka otrzymała z funduszy unijnych, z programu regionalnego, z puli przeznaczonej na rozwój turystyki. Dostępność unijnego wsparcia to jeden z ważnych elementów przyciągających zagraniczny biznes do regionu.

Pan Dransfeld zapowiada, że zostanie już na Śląsku Opolskim na stałe. Niecałe dwa lata temu otrzymał polskie obywatelstwo i to dodatkowo go utwierdza w tym wyborze. - Nigdy nie żałowałem swojej decyzji sprzed 15 lat i przyjazdu tutaj - mówi. - Odwiedzając kraj moich przodków, zachwyciłem się pięknem Zakrzowa, ciepłem, gościnnością i serdecznością mieszkańców Śląska.

Niemiecki biznesmen bardzo wrósł w nasz region. Działa aktywnie w różnych organizacjach regionalnych i ogólnopolskich. Jest jednym z założycieli Stowarzyszenia Rozwoju Inicjatyw Lokalnych w Gminie Gogolin, założycielem Stowarzyszenia Kraina św. Anny w Krapkowicach, a także członkiem Polskiego Związku Łowieckiego oraz Kongregacji Przemysłowo-Handlowej Ogólnopolskiej Izby Gospodarczej w Warszawie.

I to wszystko go cieszy. A pałac już się wpisał w miejscowy krajobraz i stał się miejscem, gdzie coraz częściej organizuje się przyjęcia komunijne i wesela. Najlepsi kelnerzy i pracownicy gastronomii wyjechali z Opolszczyzny na Zachód, więc pan Siegmund z konieczności zatrudnia i szkoli studentów.

- Problem z nimi jest taki, że pracują zwykle tylko do dyplomu. Magister inżynier piwa nalewać nie chce. Trzeba szkolić nowych. A szkół zawodowych ciągle nie ma.

Siegmunda Dransfelda męczy w Polsce kryzys. Nie dlatego, że ludzie mniej wydają i niechętnie inwestują. - Coraz częściej widzę wokół siebie zmartwione twarze. Polacy naprawdę się przejmują swoimi trudnymi perspektywami i to akurat rozumiem. Gorzej, gdy z tego powodu spotykam się z nieżyczliwością i zawiścią. Czasem mam wrażenie, że ludziom nie przeszkadza to, że ktoś zrobił biznes gdzieś daleko, ale sukces w sąsiedztwie kłuje w oczy. I wtedy jest mi przykro. Przecież ja jestem już jednym z was, Polakiem. Obywatelstwo, którym się szczycę, to potwierdza.

Pogoda
20 sierpnia
niedziela
Newsletter
Kalendarz
Kursy walut
1 EUR = 4,28 PLN
1 CHF = 3,79 PLN
1 USD = 3,65 PLN