Hotel Łucja Kaplica pod wezwaniem św. Jacka Ochotnicza Straż Pożarna Zakrzów PSP NR3 i Świetlica Młodzieżowa Ruiny XIV wiecznego zamku

Siegmund marzy o pszczołach

www.wyborcza.pl Autor: Dorota Wodecka-Lasota

siegmund marzy o pszczołach.jpeg

Za dużo tego. Nie mogę w polu pracować. Żona chce mnie zabić. Zadzwonię, jak będzie u mnie czas

Siegmund Dransfeld w styczniu został wybrany na sołtysa we wsi Zakrzów w okolicach Góry św. Anny na Opolszczyźnie. Dzień w dzień przyjeżdżają teraz dziennikarze. To przecież pierwszy Niemiec w Polsce, który został sołtysem. A on ciągle powtarza: - Ja nie robić żadnej polityka.

Ci "ze wsi" i ci "z pegeeru"
 

Kiedy stoi się przed bramą wjazdową do majątku Dransfeldów w Zakrzowie, to po prawej stronie wszystko jest typowe dla śląskiej wioski. Wyłożony kostką chodnik, nad zadbanym stawem pobielona kapliczka, kolorowy plac zabaw dla dzieci i stojące jeden przy drugim domy. Z przyciętą trawą i tujami pod oknami. W większości zamieszkane przez autochtonów.

Po lewej stronie nie ma chodnika. Przed popegeerowskimi blokami parkują samochody i rowery. Na balkonach suszy się pranie. Trzy połamane huśtawki stoją w wysokiej trawie niegdysiejszego boiska.

W sklepie we wsi mówią, że na Dransfelda zagłosowali "ci z PGR-u". Liczą, że im chodnik zbuduje, huśtawki naprawi, popegeerowskie śmietnisko uprzątnie i zadba o nich. Bo do tej pory każdy sołtys był ze wsi i o "tych z PGR-u" nie myślał. Ich dzieci chodzą do szkoły poboczem, a te ze wsi bezpiecznie, chodnikiem.

- Tak jest. Ale niech ci we wsi nie gadają! Myśmy Niemca nie wybrali - denerwują się ci z blokowisk.

- Ale dobrze, że sołtysem został. Bo świeża miotła zawsze dobrze zamiata - mówi Edward Karski, emeryt, który do pracy w pegeerze przyjechał w połowie lat 70. z Tomaszowa Lubelskiego. Jak kilkudziesięciu mężczyzn dostał robotę i mieszkanie. Dziś ich dzieci też pojechały za robotą. Tak samo jak dzieci "tych ze wsi". Do Holandii lub do Niemiec.

Milion marek w błoto

Siegmund Dransfeld pod koniec lutego skończył 47 lat. Myśli, że w Polsce osiedlił się przez przypadek. Choć im dłużej myśli, tym więcej ma wątpliwości. 25 lat temu, po kilkudniowej wycieczce do Polski, przyrzekł sobie, że nigdy tu nie przyjedzie. Bo było tak szaro, beznadziejnie.

To dlaczego jednak przyjechał?

Może przez matkę, której rodzice mieli przed wojną gospodarstwo w Henrykowie na Dolnym Śląsku? Powiedziała mu, że 14 lat spędzonych na tych ziemiach było najpiękniejszym okresem w jej życiu. Piękniejszym niż 60 lat w Paderborn, gdzie osiedlili się w 1946 r. To wyznanie wzruszyło go do łez. I razem z nią płakał na wycieczce w rodzinne strony.

A może przyjechał z tęsknoty za ludźmi? Szukał tego, czego brakło mu w Niemczech Zachodnich: bliskich sobie sąsiadów, gościnności, szczerości i trzech pokoleń mieszkających pod jednym dachem. - Uciekałem od myślenia o luksusie i od robienia kasy. Znalazłem wtedy w Polsce ludzi, co się kochają i są serdeczni dla obcych. Choć akurat moje Ślązaki są nieufne, bo parę lat musiało minąć, zanim mnie ci ze wsi do siebie na kawę zaprosili - wspomina.

Teraz polska gościnność już by go nie urzekła. - Co rok jest gorzej. Zazdrość, zawiść, brak miłości. Kasa, kasa, kasa, czyli wszystko to, od czego uciekałem.

A może zadziałała magia miejsca?

- Jak zobaczyłem majątek w Zakrzowie, od razu się w nim zakochałem - wyznaje.

Był 1995 rok. Zobaczył wypalony budynek z białego kamienia, z którego okien wyrastały rachityczne drzewa. I zarośnięty staw. I piętrowy dom z oblazłą brudnoszarą elewacją, ale za to z werandą prowadzącą do rozległego ogrodu. Z herbowym kartuszem nad zielonymi drzwiami. Wrażenia dopełnił witraż w oknie przedstawiający ul, do którego wlatują pszczoły, oraz kłosy zboża.

- Ule miał też mój tato, więc jak zobaczyłem okno, to czułem, że postawię ule w Zakrzowie - mówi.

Z miłości stracił głowę. Miał utrzymywać żonę i trzech synów z wynajmu mieszkań w nowo wybudowanej kamienicy w Paderborn. Sprzedał ją i milion marek zainwestował w tonące w błocie popegeerowskie gospodarstwo.

Herb Madelungów

Witraż i herb zostawiła po sobie w Zakrzowie rodzina Madelungów. W 1863 roku kupili majątek i pobliskie kamieniołomy.

- Szukałem tej rodzina, bo ja muszę mieć legenda - opowiada Siegmund, kalecząc polszczyznę. - Chciałem, żeby tu przyjechali.

I kiedy trzy lata temu 80-letnia Jutta Madelung spędziła trzy noce w swoim dawnym pokoju, płakał z nią tak samo jak przed laty na wycieczce z mamą do Henrykowa. Wzruszał się, kiedy rozpoznawały ją we wsi jej dawne koleżanki, a na odpuście u św. Jacka w Kamieniu Śląskim spotkała się nieoczekiwanie z hrabiną von Strachwitz.

Pojechał z nią na grób jej dziadków, który odnowił z pomocą gminy. Jutta zapaliła znicz i odjechała do Niemiec szczęśliwa. Zostawiła Drans-feldom album z rodzinnymi fotografiami zrobionymi przed wojną w zakrzowskim majątku. I zgodę, by do pozostawionego nad drzwiami herbu Siegmund dodał atrybuty swojej rodziny i wykorzystał go w logo własnej firmy.

Pod śniegiem perz i kamienie

Siegmund wie, że miłość bywa ślepa. Gdy się zakochał w tym miejscu, nie pomyślał, by choć przesypać przez palce ziemię z pól. Zobaczyłby, że jest jałowa i pełna kamieni. 583 hektary wydzierżawione od skarbu państwa były skute mrozem i pokryte śniegiem. - A jak śnieg ociekł, to miałem perz i kamienie - mówi.

Wydał milion marek i 500 tysięcy złotych na ziarno, nawozy i maszyny. Trzy lata harował jak wół i uczył się polskiego od mieszkańców bloków. - Migałem rękami, nogami, oczami. Na ziemi rysowałem kwadraty pól i pisałem, ile nawozu trzeba nawieźć czy ile ziarna wysypać. To był wspaniały czas. Tylu nowych ludzi. I każdy dzień przygoda - śmieje się.

Żona z trójką synów przyjeżdżała odwiedzać go latem. I choć spółka Agraria Claudii ma w nazwie jej imię, to Claudia nie chciała w Polsce zamieszkać.

- Miałam nadzieję, że to się nie uda, że zostaniemy w Niemczech - opowiada. Po trzech latach rozłąki postawiła warunek: jeśli chłopcy nie zaadaptują się w polskiej szkole, wszyscy wracają do Niemiec.

Ale dzieciom się spodobało. Nie miały kłopotów z dogadaniem się z rówieśnikami, bo prawie wszystkie śląskie dzieci znały niemiecki. W szkole też poszli Dransfeldom na rękę. Przez pół roku nauczyciele nie stawiali Aleksandrowi i Larsowi ocen, najmłodszy Adrian był wtedy w przedszkolu.

Claudia wynajęła nauczycielkę polskiego, by rozumieć, czego uczą się synowie. Siegmund nie brał lekcji. Dlatego dziś ona mówi gramatycznie, sięgając sporadycznie do słownika, a on miesza tryby, czasy, używa bezokoliczników i uśmiecha się, przepraszając, że go czasami trudno zrozumieć.

- Ale ja nie mieć czasu na lekcje. I konieczności. Bo jak już bliżej ludzi poznałem, to wyszło, że oni znają niemiecki - twierdzi.

Wygrał jednym głosem

Ale to ci z PGR-u, co mówią tylko po polsku, przyszli go pierwsi poprosić, by kandydował na sołtysa. Bo mówią, że się na nim poznali.

- Że żaden pan z niego, tylko swój chłop. Wszystko sam robi. Od rana w polu. I możem do niego przyjechać, zawsze zaprosi i pogada - opowiada Edward Dąbrowski, który kilka lat "robił u Niemca". Ale dostał wylewu i dziś jest na rencie.

W blokowisku mówią, że żonę Niemiec też ma w porządku. Jak potrzeba, to pismo po niemiecku napisze. Albo coś przetłumaczy z dokumentów od niemieckich czy holenderskich pracodawców. Ci "ze wsi" też dobrze o Dransfeldzie mówią. Kombajn albo przyczepę bez łaski pożyczy. Albo słomę, jak komu braknie. I doradzi, bo się na roli zna. Jest pracowity, no i ludzi nie unika. Pięć lat temu wymyślił kulig i teraz co roku zimą zakrzowianie mają w lesie piknik. Z ogniskiem i gorącą kiełbasą.

Więc kandydowanie na sołtysa zaproponowali mu także ci "ze wsi". - Jestem szczęśliwy, bo mieszkam pośrodku i pierwszy raz zgodzili się ze sobą ci z prawej i ci z lewej - deklaruje Siegmund.

I wbrew nadziejom Claudii, że mąż sołtysem nie zostanie, wygrał wybory, jednym głosem. - I nie ma co gadać, czy głosem pegeerowskim, czy kogoś ze wsi - mówią w blokach. - I przestańmy gadać, że on Niemiec. Bo to nie ma znaczenia - obruszają się, choć to akurat wcale takie pewne nie jest.

Wszak ci ze wsi sądzą, że sołtys Niemiec dobrze się wiosce przysłuży, bo jak coś jest niemieckie, to na Opolszczyźnie znaczy, że przewidywalne i porządne.

Ale nikt nie przewidział, że przybita przy drzwiach jego biura tabliczka z napisem "Sołtys" spowoduje taki zamęt w wiosce.

Ciągle przyjeżdżają dziennikarze. - Mamy dosyć. Ludzie ze wsi mają pretensje, że on sławy szuka. I musi tłumaczyć, że sam jest zdziwiony - mówi Claudia.

W czasie naszej rozmowy Siegmund odbiera dwa telefony. Od fotografa z lokalnej gazety i od dziennikarza z katowickiego ośrodka telewizji. - Ja mam dość. Przepraszam, ale nie ma u mnie czasu. Ja nie robić politycznej kariery. Nie mogę rozmawiać. Za dużo tego. Ja nie mogę w polu pracować. Żona chce mnie zabić. Proszę wysłać mi SMS z numerem, zadzwonię, jak będzie u mnie czas - wyrzuca z siebie jednym tchem.

170 hektarów słońca

Claudia spędza mnóstwo czasu sama. I wie, że teraz będzie go widzieć jeszcze mniej. - On lubi ludziom pomagać, a teraz wiele spraw mu dojdzie - mówi.

Siegmund już planuje na 8 marca bal dla kobiet w remizie. I festyn w lecie. A jesienią może po raz pierwszy we wsi Oktoberfest, czyli święto piwa. Ale przede wszystkim zależy mu na uruchomieniu świetlicy. Ludzie o nią prosili, bo dzieciaki nie mają gdzie spędzać wolnego czasu.

Przez pierwsze pięć lat ziemia nie przyniosła Dransfeldom żadnego dochodu. Kolejne lata dały 5 i 8 tysięcy złotych. Ale Siegmund się nie martwi: - Pięć lat temu był naprawdę fantastyczny zysk. 50 tysięcy. Ale wszystko zainwestowałem w spółkę i wciąż do niej dopłacam.

Uprawia zboże ozime. Wydajność z hektara wzrosła mu z 15 kwintali do 55.

Mówi, że stracił, kiedy Putin zamknął granice przed polskim mięsem. Mieli 1000 tuczników. Cena spadła z 4,50 zł za kilogram do 2,80. Wybili je. I na razie Siegmund nie zajmuje się hodowlą. Wie, że z ziemią ryzyka nie ma, kiedy ma się pewny zbyt.

A czasem można oniemieć z zachwytu. Tak było zeszłego lata, kiedy fotografował swych bliskich w słonecznikach. W 170 hektarach słoneczników! - Najpiękniejsza i największa plantacja na Opolszczyźnie - mówi.

Przepełniało go szczęście. Wszystko na swoim miejscu. Rodzina, wymarzone konie i ziemia, która zaczyna rodzić.

- Genetycznie za tym tęskniłem. Dziadkowie mieli ziemię, ojciec też, ale ją zostawił i przeniósł się do industrialu. Brak mi było ojcowizny, brak korzeni. A teraz to je mam, i dla siebie, i dla synów - cieszy się świadomy, że firma przyniesie zyski dopiero za kilka lat.

Na razie Dransfeldowie żyją z pieniędzy ze sprzedanej kamienicy. Powoli remontują dom. Została do zrobienia łazienka i kuchnia na parterze. Herb odmalowali, ale trzeba jeszcze odnowić elewację. - Do majątku ciągle dokładam. Ale w tym roku znalazłem w Niemczech więcej wspólników, dofinansowaliśmy spółkę.

W części przybudówki chce postawić 60 łóżek, zbudować kręgielnię i saunę z solarium. Urządzić miejsca spacerowe z bryczkami i trasy dla jeżdżących konno. Po zarybionym stawie mają pływać łódki. Turyści będą jedli tylko ekologiczne produkty z gospodarstwa.

A jak Polska spełni wymogi weterynaryjne, trzeba będzie postawić rzeźnię i tam ubijać eksportowane na Zachód wieprzki. Ludzie z Zakrzowa przestaną wyjeżdżać, bo da im robotę.

A on w końcu dom odnowi i do herbu nad drzwiami doda dwa kłosy i litery "AC", bo na razie logo firmy jest tylko komputerowe.

I jak to wszystko się spełni, to Siegmund postawi ule.

 

Pogoda
17 listopada
piątek
Newsletter
Kalendarz
Kursy walut
1 EUR = 4,23 PLN
1 CHF = 3,63 PLN
1 USD = 3,60 PLN